Twitter 0001

Dzisiaj, na wspomnianą w tytule modłę twitterową uraczę popularną Cię zaśpiewką (melodia znana - normalnie leci "Kochany, kochany, lecą z drzewa jak dawniej kasztany"):

Zwlokii, ach Zwlokii
poziom twojej abnegacji jest imponująco wysoki

w przekładzie na język wroga brzmi ona:

Oh our dear Carcass
Your abnegation level rises above us

dalej wiadomo. Picie do rana, spanie do siedemnastej pośród rozmów o Bogu oraz myśli o Szatanie.

Zadanie

- Powiedz mi, kurwa, co ci wisi? – Ryknął w końcu Szef. Był już cały czerwony i spocony od kłótni odbywanej właśnie z agentem 00FF.
Rozmówca przetrawił jakoś ten wrzask i jeszcze raz spokojnie się zastanowił, ważąc każde słowo swojej przyszłej odpowiedzi. Sprawa bowiem śmierdziała – była to najgorsza robota, jaką mu kiedykolwiek próbowano zlecić. Zacisnął zęby i wysyczał powoli idealnie zbalansowaną wypowiedź:
- A może odpowiesz mi, do chuja psa, dlaczego nikt przede mną nie zgodził się podjąć tej misji? I dodaj przy okazji, dlaczego sam nie pójdziesz i tego nie zrobisz.
Szef miał już gotową ripostę. Po prawdzie przecież odpowiadał na to pytanie już 253 razy.
- Stanisław... ja mam żonę i dziecko. Większość agentów też już ma. A ty jesteś najlepszy w tym fachu i nie założyłeś jeszcze rodziny. – Wyrecytował podpierając się dopracowaną do perfekcji błagalną mimiką.
- Ja cię sunę. Nie gadaj mi takich pierdół...
- A poza tym, czy ten milion dolarów to mała sumka za tak proste zadanie? – Wtrącił w odpowiednim miejscu Szef. Dobrze wiedział, że to już ostatnia deska ratunku, finalna karta przetargowa. Zaraz prawdopodobnie będzie zmuszony podnieść stawkę, ale może 00FF połasi się na milion?
- Czy ty tego nie rozumiesz? Tu nie chodzi o pieniądze. Tu chodzi o dożywotnią zmianę mojej pozycji społecznej. Z wielbionego amanta, z człowieka, który rozbija się po dyplomatycznych rautach, zalicza modelki, jeździ tym, pachnie tym... Słowem z "mówię bingo & tańczę tango" na mega-zboczka, na ojca chrzestnego wszystkich zboczków. Kurwa, bądźmy szczerzy. Na ultrapierdolniętego przewodnika duchowego, guru wszystkich guru, papieża każdego dewianta tego świata.
- Czy przypadkiem nie przesadzasz? Być może...
- Ja przesadzam? Przecież to jest w centrum miasta!
- To tylko pomnik, na Boga Ojca!
- Apelując, kurwa, do twojej pamięci przypominam, że pomnik krowy!
- Uratujesz tysiące istnień!
- Przecież o tym nie będzie nawet wzmianki. Zaraz po robocie, a jeszcze pewniej w jej trakcie, przyjadą z najbardziej renomowanej kliniki dla pierdolców i mnie zawiną. Kopsną mi takie lekarstwa, że po łopatce będę się drapał stopą. Pozwalając sobie na jeszcze dalej idącą prognozę twierdzę, że historie o moim wyczynie będą powtarzać sobie nawet niebiańskie zastępy na polach Armageddonu.
- Ale...
- I jeszcze jedno. Następna robota, o jakiej będę mógł marzyć to publiczne włożenie sobie tego twojego miliona w odbyt.
- Dwa miliony.
- Wychodzę! – ryknął 00FF, wstał i wyszedł z trzasnąwszy drzwiami osiem razy.
Szef siedział załamany. Ostatni z agentów odmówił współpracy. Nie było już nadziei.
Opuszczony przez wszystkich pochylił głowę i spojrzał na swoje spracowane dłonie. Kiedy miał już zacisnąć je sobie na szyi, do pokoju energicznie wszedł ten sam agent. Nie zwracając jednak uwagi na rozradowaną minę swojego zwierzchnika, pozrzucał mu z okna wszystkie doniczki, nacharał na dywan i wyważywszy drzwi wyszedł z gabinetu.

Czy cudem odratowany po próbie samobójczej Szef wymyśli co zrobić?
Kto rozbroi bombę, ratując tysiące istnień i czy pomogą ogłoszenia w najgorszych szmatławcach?
Ciąg dalszy nastąpi.

Cud kolejny


Słońce dopiero co wstało. Dwa drzewka, stojące w charakterze ozdoby przy warsztacie naprawy samochodów, rzucały cienie długie jak lotnisko. Mimo, że pora była wczesna trzy postacie pochyliły się jednocześnie nad otwartą maską samochodu.
Właściciel warsztatu polecił zrobić coś właścicielowi samochodu. Pomocnik zaś natychmiast skoczył po potrzebne klucze, pompki i lewar. Chwila bezruchu. Wszyscy powrócili na swoje pozycje.
Majster skrzywił się, pomocnik przypominał sobie lepsze dni, kierowca tęsknił za czasami, kiedy wszystko było sprawne.
Kilkanaście szemrzących i przekomarzających się minut. Majster dyrygował kierowcą, pomocnik robił dobre miny do złej gry. Od czasu do czasu chodził jednak na stronę aby pobyć chwilę szczerym i zmienić mimikę twarzy na okrutnie tragiczną.
Majster coś poruszył pod maską auta i wydał kilkanaście poleceń kierowcy. Kierowca zadał parę pytań o mało, że na temat, w kierunku pomocnika. Pomocnik uśmiechnął się na tyle nieszczerze, że minęła kolejna jedna czterdziesta ósma rozpoczynającego się dnia.
Majster, ot tak, niechcący wskazał, podczas wygłaszania kolejnego monologu, na świadectwa ukończonych szkół. Pomocnik wydał kilka poleceń kierowcy. Kierowca pamiętał, oj, jak on pamiętał lepsze dni.
Kiedy wskazania zegarków poczęły ciążyć na sumieniach mechaników, kierowca przemówił cicho:
- Przydałby się cud.
Majster zrobił urażoną minę. Pomocnik również wyraz twarzy miał taki, jakby go ktoś poczęstował cukierkiem. Obydwaj równie cicho rzucili:
- Myślisz pan?
Kierowca potwierdził.
Jakby niechętnie, ale, co ciekawe szybko i bez ociągania chwycili się więc przepisowo za dłonie, stając w trójosobowym kole. Znaczy się, że z punktu widzenia Stwórcy był to taki pogięty sześciokąt. Wejrzeli dalekowidzącymi i natchnionymi oczyma w poranne cumulusy i wybełkotali parę zaklęć.
Z Nieba zstąpił jednorożec. Cudowny, biały jak najczystszy śnieg, piękny i delikatny, idealny i niestety krótkotrwały.
PING! Pierdolnął jakiś niewidoczny ale niewątpliwie zajebisty dzwon. Jednorożec zniknął. W jego miejsce pojawiła się krótka notka, mówiąca o tym, że limit cudów na dzień bieżący został wyczerpany.
Kierowca nie mógł powstrzymać się od komentarza.
- Wiecie co, panowie? Czasami wydaje mi się, że to nie jest tak, że On niedosłyszy. On sobie czasem wyraźnie leci w człona!